GIEŁDA

Jak założyć fundusz inwestycyjny zamknięty? Piotr Żółkiewicz (Zolkiewicz&Partners)

piotr-zolkiewicz-inwestowanie-w-wartosc

Na koniec 2016 roku istniało 865 funduszy inwestycyjnych zamkniętych. Co roku przybywa autorskich funduszy , które funkcjonują pod „banderą” istniejących TFI. Bardzo często zakładane są one przez osoby dotychczas zatrudnione w TFI, którym zależy na wyższej autonomii działania. Przypadek Piotra Żółkiewicza jest nieco inny. Wypłynął jako jeden z ojców sukcesu giełdowej spółki Medicalgorythmics, a w 2015 roku założył własny fundusz – Żółkiewicz&Partners Inwestycji w Wartość FIZ. W pierwszej części wywiadu opowiada jak założyć fundusz inwestycyjny zamknięty, ale również jak doświadczenie biznesowe pomaga w inwestowaniu i jak definiuje sukces. W drugiej części opowiada o swojej filozofii inwestowania w wartość. 

W ciągu 2 lat (od powstania funduszu) zarobiliście 25,97%, co jest dobrym wynikiem na tle głównych indeksów i innych funduszy aktywnej alokacji. Jednak fundusz nie ma określonego benchmarku. Jaki wynik jest dla Was sukcesem?

Faktycznie, bijemy wszystkie indeksy i benchmarki, chociaż sami nie mamy benchmarku, czyli punktu odniesienia.  Wskazówką dla klientów, co uważamy za wynik godziwy, jest poziom stopy zwrotu, od którego pobieramy opłatę za sukces, a pobieramy niewielką część nadwyżki od zysków większych niż 10% rocznie.. Liczymy na kilkanaście procent rocznie, i to się do tej pory udawało.. Ale zawsze lepiej mniej obiecać, a później kogoś pozytywnie zaskoczyć. Warto pamiętać, że wyniki naszego funduszu na pewno nie będą równomierne. Mogą przydarzyć nam się lata, w których zarobimy 40% jak i takie, w których stracimy 20%. W długim terminie te wahania się jednak uśrednią – liczę, że z zadowalającym efektem. Na rynku jest dużo rozwiązań, które oferują bardziej wypłaszczone wyniki, niż my będziemy w stanie zapewnić – ale w długim terminie skazane są one również na niższe stopy zwrotu.

wyniki-funduszu-zolkiewicz-inwestowanie-w-wartosc

Wasz fundusz stosuje strategię zmiennej alokacji. Jak w ciągu tych dwóch lat ona się zmieniała?

Dwa lata to bardzo krótki okres. Podejrzewam, że będą takie lata, kiedy nie będziemy mieli żadnych akcji w portfelu. Najwyższa alokacja w obligacje i gotówkę, jaką mieliśmy przez ostatnie 2,5 roku wynosiła trochę ponad 35 procent. W tej chwili w obligacjach mamy poniżej 1 procenta, ponieważ na nowo dostrzegamy dużo okazji, szczególnie w segmencie małych i średnich spółek. Ale jestem w stanie sobie wyobrazić takie lata, jak w 2007 roku, kiedy nie byliśmy w stanie znaleźć żadnej spółki, która nadawała by się do kupna. Działałem wtedy jeszcze w poprzednim wehikule inwestycyjnym. W tamtym czasie postanowiłem po prostu pieniądze z giełdy wycofać.

Analitycy oraz członkowie Komitetu Inwestycyjnego to osoby, które znały się z pracy w spółce giełdowej Medicalgorithmics S.A. W jakich okolicznościach powstał fundusz?

Spółka Medicalgorithmics była dla mnie w pewnym sensie odpoczynkiem od rynku kapitałowego. Osobiście inwestuję od 16 roku życia. Mój pierwszy rachunek maklerski był założony na mojego dziadka Na początku inwestowałem na własny rachunek, jako osoba prywatna, później poprzez zagraniczną spółkę inwestycyjną. Nadszedł rok 2007, kiedy na giełdzie zrobiło się bardzo drogo i nie byłem w stanie znaleźć żadnych sensownych inwestycji. Postanowiłem wtedy z giełdy na jakiś czas się wycofać.. Zacząłem rozglądać się za jakimś obiektem inwestycji poza giełdą oraz nowym sposobem na spędzanie czasu. Natrafiłem na spółkę Medicalgorithmics.To był zespół kilku osób. Nawet ciężko to nazwać spółką – to był jeden pokój, gdzie siedzieliśmy  w 5-6 osób i próbowaliśmy stworzyć coś z niczego. Ta działalność bardzo mnie wciągnęła. Medicalgorithmics rozwijał się wykładniczo i z tych 5 osób w 2009 r., w tej chwili zrobiło się blisko 600. Zadebiutowaliśmy na NewConnect, a później na rynku głównym GPW. Pracowaliśmy bardzo ciężko, ale wszystko za co się zabieraliśmy, udawało się. Gdy odchodziłem, kapitalizacja giełdowa firmy zbliżała się do jednego miliarda złotych.

A jednak Pan odszedł…

Kiedy spółka stała się dużą korporacją, którą nie zarządza się bezpośrednio, tylko poprzez inne osoby, to zrobiło się trochę mniej interesująco [ŚMIECH]. Postanowiłem powrócić do mojej wcześniejszej pasji, czyli rynku kapitałowego. Przyznam, że początkowo nie miałem planów odchodzenia razem z całym zespołem finansów, natomiast mój zespół trochę nie dał mi wyboru. Wielu z nich powiedziało, że i tak odchodzi, jeśli ja odejdę, więc postanowiłem, przygarnąć wszystkich i stworzyć na nowo coś razem. To są ludzie, którym bardzo ufam, których osobiście rekrutowałem i szkoliłem. Wiedziałem, że razem możemy stworzyć coś fajnego.

Przeciętny uczestnik waszego funduszu lokuje w nim kilka milionów złotych.  Jak wyglądało pozyskanie aktywów pod zarządzanie?

Przyjmujemy nowych uczestników już od kilkuset tysięcy złotych, ale średnia inwestycja to faktycznie kilka milionów złotych. Nie korzystamy z tzw. profesjonalnych dystrybutorów usług i produktów finansowych, głównie z tego powodu, że jest to absurdalnie drogie. 60-65% całych przychodów wypracowywanych przez fundusz jest później oddawane dystrybutorom lub bankowi, który pośredniczył w sprzedaży jednostek inwestycyjnych. Aby chcieli oni dystrybuować nasz fundusz, musielibyśmy albo wprowadzić bardzo wysokie opłaty (by było się czym dzielić), albo ustalić niskie opłaty, które w całości trafiałby do dystrybutorów, a my byśmy pracowali za darmo. Obie opcje nie wyglądają kusząco [ŚMIECH]. Dlatego postanowiliśmy mieć niskie opłaty i siłą rzeczy nie wejść w te kanały dystrybucyjne.

To chyba nie jest zbyt popularny wariant…

To oczywiście jest najtrudniejsza droga, jaką można wybrać. Bo bardzo łatwo jest ustalić stałą opłatę rzędu 4% oraz 20% od całości zysku wejść do sieci dystrybucji i bardzo szybko pozyskać 200 czy 400 mln zł w 2 lub 3 lata. Pytanie, co dalej, bo te fundusze szybko dorastają do takiego rozmiaru, kiedy już ciężko nimi zarządzać, a wyniki takich funduszy, przez zawyżone opłaty, w długim terminie nie mogą być dobre. Takie postępowanie to szybka droga na zarobienie pieniędzy, ale ona też się szybko kończy. My wybraliśmy taką drogę, aby mieć tylko jeden produkt, ale tak dobry, jak jesteśmy sobie w stanie wymarzyć. I z tą świadomością, że będzie bardzo ciężko pozyskać pieniądze do takiego funduszu, ale że będzie to rodzaj kuli śnieżnej, która ma szanse za 15-25 lat być funduszem, który zarządza kilkoma czy kilkunastoma miliardami.

Jak trafiają do Was klienci?

Udaje nam się pozyskiwać pieniądze drogą głównie… poczty pantoflowej. My nie zabiegamy o klientów, nie robimy żadnych szkoleń, spotkań sprzedażowych. Po prostu zarządzamy pieniędzmi i ludzie, na których natrafiamy na naszej drodze, często są zaciekawieni, czym się zajmujemy. Kiedy się dowiadują, często postanawiają zostać klientami.  W ten sposób  zarządzający innymi funduszami powierzyli nam swoje prywatne pieniądze. Zrobiło to także wielu prezesów czy współzałożycieli spółek giełdowych. Takie osoby w tej chwili stanowią już ponad 1/3 wszystkich uczestników naszego funduszu.

Jakie należy zgromadzić aktywa, aby opłacało się prowadzić fundusz?

To zależy, jak to chcemy robić. Większość autorskich funduszy, które w ostatnich latach masowo powstawały na rynku to były fundusze często jedno- lub dwuosobowe, które starały się robić wszystko nisko-kosztowo. Podpisywały umowę z jakimś zewnętrznym TFI, nie zatrudniały analityków inwestycyjnych, nie miały biura. I koszty utworzenia takiego funduszu nie są duże. Jeśli zarządzamy w pojedynkę kilkunastoma milionami złotych, to często można już z tego wyżyć. My poszliśmy trochę inną drogą. Jesteśmy jednym z nielicznych lub jedynym funduszem, gdzie zespół 6 osób współzarządza tylko jednym FIZ-em. Poza tym mamy duże samodzielne biuro na Mokotowie. To wynika też z tego, że nie do końca robimy to dla zysku. To jest moja pasja. Ja już więcej pieniędzy nie potrzebuję, więc postanowiłem po prostu otoczyć się ludźmi, którym ufam i których lubię, i zrobić fajny produkt. Jeżeli robimy coś dobrze, to prędzej czy później pieniądze się pojawią. Akurat w tej chwili, po dwóch latach dokładania, fundusz już zaczął utrzymywać się sam.

Nie macie własnego TFI, funkcjonujecie w ramach Copernicus TFI. Można się domyślać, że wynika to z kosztów. Czy wraz ze wzrostem aktywów rozważacie otwarcie własnego TFI?

Obecne nie mamy takich planów, gdyż nie chodzi tutaj o koszty. Oczywiście prowadzenie TFI tylko dla jednego funduszu nie jest szczególnie efektywne kosztowo. Natomiast tutaj bardziej chodzi o ilość pracy i biurokracji. My jesteśmy dobrzy w zarządzaniu pieniędzmi i to nas interesuje. Natomiast prowadzenie własnego TFI oznacza utonięcie w niezliczonej ilości papierów i procedur. Podejrzewam, że to zajmowałoby 1/3 lub połowę naszego czasu i odbiłoby się bardzo niekorzystnie na jakości zarządzania. Więc, niezależnie od tego czy byłoby to opłacalne finansowo czy nie, tak długo jak będzie się dało korzystać z usług zewnętrznego TFI, tak długo to będziemy robić.

Był Pan członkiem zarządu Medicalgorithmics, a do chwili obecnej zasiada Pan w Radzie Nadzorczej. W jakim stopniu doświadczenie biznesowe pomaga w zarządzaniu aktywami?

W Medicalgorithmics odpowiadałem za dwa obszary – finanse i zarządzanie operacyjne. Na początku, gdy spółka była mała, obszar finansowy nie był szczególnie rozbudowany, więc wtedy się zajmowałem wszystkim innym. Moi pozostali koledzy z zarządu byli programistami, więc wszystkie rzeczy operacyjne związane z produkcją, rekrutacją, sprzedażą, finansami trafiły do mnie i to było niesamowicie ciekawe doświadczenie. Warren Buffet wiele lat temu, po swoim epizodzie związanym z zarządzaniem bankiem Salomon Brothers powiedział, że jest lepszym inwestorem, bo był managerem i mógł być dobrym managerem, ponieważ jest inwestorem. I to na prawdę tak działa. Szczególnie to, że Medicalgorithmics był spółką giełdową, pozwala mi lepiej rozumieć funkcjonowanie innych spółek giełdowych. To jest na pewno nie do przecenienia. Inwestorzy nie mający doświadczenia biznesowego często mają trudność, by zrozumieć, że w prawdziwym biznesie wszystko wymaga wiele czasu, a drogi na skróty zawsze kończą się okresem słabości lub niepowodzeniem. Obecnie postrzegam firmy nie przez pryzmat tabelek i finansów, a przez pryzmat kultury korporacyjnej jaką są w stanie zbudować i pielęgnować. Bardzo się cieszę, że mogłem razem z innymi budować od zera dużą firmę i widzę, że to mi pomaga na co dzień w pracy inwestora.

Co jest dla Pana najtrudniejsze w zarządzaniu funduszem? Jakiś czas temu powiedział Pan, że praca zarządzającego funduszem może nie jest łatwa, ale z pewnością nie jest tak trudna, jak praca prezesa spółki giełdowej. Warren Buffet podkreślał znaczenie aspektów psychologicznych. Obracanie dużymi sumami może być obciążające. Jakie to ma znaczenie dla Pana?

Odpowiedzialność jest bardzo duża zarówno, gdy zarządzamy funduszem jak i gdy zarządzamy spółką. Gdy zarządzamy spółką, odpowiadamy przede wszystkim za naszych pracowników i klientów, jeśli jest to spółka giełdowa – także za pieniądze inwestorów. W wypadku funduszu – głównie za pieniądze inwestorów. Natomiast zarządzanie spółką jest trudniejsze z tego powodu, że jest znacznie bardziej stresujące, a to wynika ze specyfiki biznesu. W biznesie operacyjnym codziennie dużo się dzieje. Często gdy zaczynałem pracę, rano miałem przed gabinetem kolejkę ludzi, którzy coś chcieli [ŚMIECH]. Często przychodzili z problemami, które pojawiły się przez noc lub poprzedniego dnia i wszystkie te problemy trzeba było codziennie rozwiązywać, a następnego dnia było znowu to samo. Na tym polega biznes operacyjny, aby sobie radzić z problemami. I po tym można poznać dobrą firmę – jak sobie z nimi radzi. W funduszu inwestycyjnym praca jest znacznie bardziej spokojna. Bo oczywiście można pracować bardzo dużo, ale nie jest to, przy odpowiednim rodzaju inwestowania, praca bardzo stresująca. Jeśli wiemy jakie spółki kupujemy i dobrze rozumiemy ich działanie, jeśli wiemy że mamy w portfelu niedrogo wycenianie inwestycje, które codziennie gdy śpimy zarabiają pieniądze, to nie jest to tak stresujące, jak zarządzanie dużą spółką.

Tagi